Redaktorka Agata Gwóźdź zabrała słuchaczy do Muzeum Farska Stodoła w Biedrzychowicach. O tym wyjątkowym miejscu i wspomnieniach zaklętych w przedmiotach opowiedziała nam Róża Zgorzelska, animatorka społeczna i kustosz muzeum.
Biedrzychowice, mojego dzieciństwa, to są rzeczywiście wspomnienia, do których często dzisiaj wracamy, chociażby przy wyborze zdjęć na nasze murale. Również część tych murali jest namalowana właśnie z czasu mojego dzieciństwa. Biedrzychowice jest jedną z wsi, która zamieszkała przez tę ludność tak zwaną autochtoniczną. My tu zostaliśmy, nasi przodkowie, moja oma ze swoimi córkami, moja mama, moi rodzice i tak dalej. Ja jak byłam mała, jak szłam do przedszkola, to niestety albo stety, zależy kto z jakiego punktu widzenia na to popatrzy, nie umiałam po polsku. Idąc do przedszkola nie potrafiłam, nie znałam tego polskiego, bo w domu rodzice rozmawiali ze mną po niemiecku, ewentualnie po śląsku. No i zdarzyło się coś takiego, że rodziców zaproszono do przedszkola i powiedziano, że jak dziecko się nie nauczy, to będzie sztrafa, kara będzie. No i wtedy intensywnie trzeba się było nauczyć tego języka polskiego, żeby chodzić dalej do tego przedszkola, a później już szkoła, średnia szkoła w Prudniku. To wszystko przyczyniło się do tego, że rzeczywiście człowiek musiał znać ten język polski. W domu mówiło się też po śląsku. Te moje ciocie, u których też się wychowywałam, to była duża rodzina wielopokoleniowa. W ogóle wszystkie rodziny kiedyś były dużo większe.
Biedrzychowice to przede wszystkim duże gospodarstwa, jak na tamten czas. Dzisiaj już ta struktura i mieszkańców, i ludzi, którzy zajmują się rolnictwem, też się to wszystko pozmieniało. Ale to jest też wymóg czasów dzisiejszych, że musiało się to wszystko przestrukturyzować. Mamy w Biedrzychowicach dzisiaj bardzo dużą grupę młodych małżeństw, dużo dzieci. Dlatego ja zawsze się bardzo z tego cieszę, bo widzę tą przyszłość Biedrzychowic. A ta przeszłość była taka, że Biedrzychowice było samodzielną gminą do tych zmian samorządowych. Było też dużo więcej mieszkańców, bo było przed pierwszą wojną 1600 mieszkańców. A sama nazwa, dzisiaj już też mamy te tablice dwujęzyczne, bo Biedrzychowice to było kiedyś Friedersdorf. Ta nazwa, ona się przewijała od początku istnienia Biedrzychowic. A będziemy niedługo obchodzić, za parę lat właściwie, osiemsetlecie naszej miejscowości tych pierwszych zmianek o Biedrzychowicach. Jak zawsze było w tych zapisach Biedrzychowicji albo Fryderywicji. Zawsze był to rejon przygraniczny. Ta nazwa Biedrzych pochodzi od czeskiego imienia Fryderyka. Mieszkańcy Biedrzychowic po wojnie była tylko ta ludność autochtoniczna. Teraz mamy trochę mieszkańców, którzy kupili jakieś puste domy i tak dalej, ale i tak przeważa liczba mieszkańców rodzimych, tu naszych ludzi.
Samo stworzenie muzeum było już dużo wcześniej, zanim otrzymaliśmy tę propozycję wyremontowania tej Farskiej Stodoły, ponieważ już koniec lat 80. mieliśmy izbę małą regionalną. To były dwie sale w przedszkolu, to były te początki. Ale dla Biedrzychowic był to ostatni moment, w którym udało nam się uratować jeszcze wiele takich przedmiotów, pamiątek, ponieważ przyszedł ten czas, kiedy ludzie zaczynali intensywnie remontować, budować domy od nowa. Po prostu nieświadomość też ludzi przyczyniła się do tego, że wiele z tych pamiątek ulegało zniszczeniu. Ja chodziłam wtedy na wysypisko, jechałam, znalazłam coś i tak to się zaczęło. To są przedmioty codziennego użytku, które nie wydaje nam się, że mogą być cenne w pewnym momencie. Tak, ale one może nie mają tej wartości materialnej, ale mają tą wielką wartość dla tej naszej ziemi, dla tego Heimatu, dla tej małej naszej ojczyzny, ponieważ to są pamiątki po tamtych czasach. I powinniśmy wręcz, ja zawsze mówię młodemu pokoleniu, że to jest nasz obowiązek szanować tą przeszłość, tą historię i też zadbać o to, żeby ona była dalej przekazywana.
Widzę, że idzie to wszystko w dobrym kierunku, ale to jest wiele lat pracy, zaangażowania, rozmów, spotkań. Tu też działalności naszego tego muzeum, tych corocznych, cyklicznych projektów, które realizujemy. W ostatnich latach naprawdę ta frekwencja bardzo, bardzo wzrasta przy takich imprezach. Czego my się możemy dowiedzieć oglądając te przedmioty? Właśnie o mieszkańcach tamtych, dawnych Biedrzychowic. Muzeum jest podzielone na części mieszkalne, można powiedzieć. Mamy kuchnię, mamy sypialnię, czyli takie życie codzienne tych ludzi. Przede wszystkim ta pierwsza część, która powstała dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, to przedstawia ten nasz śląski dom sprzed stu lat, może nawet i więcej. Ja zawsze mówię ludziom, którzy przyjeżdżają z innych regionów, że tu możecie zobaczyć ten Śląsk w pigułce. W spichlerzu możecie zobaczyć ten Śląsk na dokumentach, na zdjęciach, na różnych innych przedmiotach, na mapach i tak dalej. Ale tu, właśnie w izbie, w kuchni, to wszystko funkcjonuje. Ta kuchnia rzeczywiście jest miejscem, gdzie odbywają się autentyczne warsztaty, gdzie gotujemy z dzieciakami. To jest dla nich największa frajda. Staramy się też uatrakcyjniać takie warsztaty. Chociażby w ubiegłym roku mieliśmy warsztaty kulinarne z panem Remigiuszem Rączką i zawsze to jednak ciągnie ludzi tu. Dlatego jesteśmy bardzo znani i w regionie, i poza regionem województwa opolskiego.
Czy jest taki eksponat szczególnie dla pani ważny? Takich eksponatów jest więcej. Przywiązuję do nich uwagę ze względu na to, że one czasami opowiadają bardzo ciekawą historię. Jest jakaś tam figurka, jest pokrywka od wazy porcelanowej, jest mlecznik. Te dwa akurat przedmioty są pamiątkami z mojej rodziny i są pamiątkami, które opowiadają tą historię roku 1945. Smutną historię, trudną historię dla wszystkich. Ale jest to taki namacalny dowód na to, że coś takiego się wydarzyło, bo dzisiaj młodzi ludzie jak gdyby nie pamiętają. Mało też jest tego w podręcznikach. Był ten czas, że ta historia w ogóle była zakłamana. Dzisiaj ona jest odkłamana i dalej się odkłamuje, ale trzeba też pilnować. I takie miejsce jak to, to jest między innymi mój też osobisty taki cel, że jednak tu pokazujemy tą historię tej ziemi i ludzi bardzo rzetelnie, bo inaczej nie miałoby to w ogóle sensu.
Tych tradycji jest bardzo, bardzo dużo, ale są takie, które dalej przenosimy i staramy się upowszechniać wśród młodego pokolenia. Choćby Żurowa Środa. Przy okazji Żurowej Środy zawsze jest dużo ludzi, dużo młodzieży, dużo dzieci. Mam zawsze przygotowaną taką piękną prezentację z tymi atrybutami wszystkimi tego czasu postnowielkanocnego. I wtedy opowiadam temu młodemu pokoleniu, pokazuję im te jajka, które były jednak troszkę inaczej. Ten wzór nasz był inny niż ten opolski, że nie jest to wszystko takie do jednego garnka do wrzucenia. Jest to stawianie krzyżyków na polach, jest to wysiewanie krzyży na polach. Są procesje polne do krzyży, te procesje błagalne. To też jest piękna, piękna tradycja, którą należy dalej kultywować.
Jakie inicjatywy ma pani jeszcze na myśli, co chciałaby pani rozwinąć, jeśli chodzi o muzeum? W ubiegłym roku, po zakończonej realizacji tego dużego projektu, myślałam, że już naprawdę sobie dam spokój, bo ten projekt kosztował nie tylko mnie, ale nas też, społeczników, którzy byli wokół mnie i za to jestem im niezmiernie wdzięczna, że już nie będziemy niczego robić, że po prostu już se odpuścimy, ale nie można, bo jak człowiek się zatrzyma, to się cofa. I zawsze myślę sobie tak, że Bóg chyba daje mi siły i zdrowie po to, żebym to jeszcze robiła. Staram się też o to, żeby młodych angażować do tego. Udaje mi się to, po latach, naprawdę. Na pewno w przyszłości będzie inaczej to muzeum prowadzone i tak dalej, bo na razie robimy to społecznie, ale może ta społeczna formuła jest dobra, bo jednak istniejemy tyle lat i cały czas idziemy małymi krokami, ale do przodu. Mam jeszcze plany właśnie odnośnie też wyposażenia, może jeszcze troszkę też unowocześnić.
Pomimo wszystko, w tym roku dostaliśmy, właściwie dostaliśmy dofinansowanie na taki konkurs Kuźnie Pamięci. Z tego konkursu właśnie będziemy jeszcze większy nacisk na kultywowanie tych tradycji procesji błagalnych na Dni Krzyżowe, na Świętego Urbana, ponieważ tam mamy akurat zakup figury Świętego Urbana, która kiedyś była w Biedrzychowicach ale dzisiaj jej nie ma. Próbujemy to wszystko znowu odbudować. Piękny krzyż stary pójdzie do renowacji i to wszystko znowu wzbogaci to nasze muzeum i też będzie kolejną cegiełką i kolejnym takim, taką ciekawostką, którą można będzie u nas zobaczyć.
To jeszcze zapytam o turystów z zagranicy. Czy się tutaj pojawiają? Jak reagują na to, co widzą tutaj w muzeum? Zwiedzających mamy bardzo dużo. Są to turyści, są naprawdę bardzo różne osoby, są duże grupy, są bardzo małe grupy, czasami są osoby pojedyncze, ale ja nigdy nie odmawiam otwarcia muzeum, oprowadzenia, zawsze jeżeli tylko zdrowie i czas mi pozwala na to, przyjmuję tych ludzi i wtedy widzę po zwiedzeniu tego naszego muzeum, widzę to zadowolenie tych ludzi i tą wdzięczność za to, że mogli to miejsce zobaczyć, odwiedzić, posłuchać o tym miejscu, o tej historii tego miejsca i nie tylko, bo to się odnosi do całego Śląska. Powiem pani, że to jest dla mnie też taki motor do tego, żeby to jeszcze robić dalej. Ta motywacja, której każdy człowiek, każdy społecznik szczególnie potrzebuje, tej motywacji i cieszę się z tego, że właśnie idzie to, co tu można zobaczyć, idzie to w świat i napędza jak gdyby kolejne grupy, kolejnych ludzi zainteresowanych tym miejscem, a mamy grupy naprawdę z bardzo daleka, z Łodzi, z Olsztyna, z Białegostoku, ze Zgorzelca, ze Szczecina, z Gdańska. Ostatnio miałam taką małą grupę rolników z Niemiec. Ten przewodnik, który z nimi był, był trzy lata temu. No i wczoraj wszedł do tego odremontowanego muzeum i mówi, Pani Różo, szczęka opada, co pani tu znowu zrobiła. Nie ja, moi kochani, to zostało zrobione wspólnie. Wielu ludzi mi pomaga, sama nie dałabym rady tego zrobić.
„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”
POSŁUCHAJ: