Czy można dobrze znać miejsce, w którym się mieszka i jednocześnie ciągle je odkrywać? Opolszczyzna kryje historie zapisane w zabytkach, rodzinnych wspomnieniach, muzyce, kuchni i tradycjach. Wyruszamy ich śladem w cyklu "Opolskie. Jedna Historia".

Tym razem naszym tematem jest plecionkarstwo. To czyszeckie zostało niedawno wpisane na reprezentatywną listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO. A gościem Michała Pietrzaka jest Alojzy Ketzler, członek grupy Depozytariusze Plecionkarstwa na Śląsku Opolskim.


Wielkie wydarzenie jakby w tym roku, prawda? No jakby tak powiedzieć, nie powiem, że się udało, bo gdyby się udało, to znaczy, że była kwestia przypadku. A to było prawie pięć lat ciężkiej pracy. Najpierw stworzenie tego, że plecionkarstwo na Śląsku Opolskim zostało wpisane na Krajową Listę Dziedzictwa Niematerialnego. I w ubiegłym roku zostało wpisane na Światową Listę UNESCO. Tylko, że to, co zostało wpisane na Krajową Listę Dziedzictwa Niematerialnego, to było plecionkarstwo na Śląsku Opolskim. A to, co zostało wpisane na Światową Listę, to była suma wszystkich związków plecionkarskich w Polsce. Czyli to było plecionkarstwo, które było z Podkarpacia, z Mazowsza, z Wielkopolski, z Małopolski i ze Śląska Opolskiego. I my mamy swój udział w tym. To taka tradycja tutaj istnieje od bardzo dawna. Znaczy, ja myślę, że tradycja jest dłuższa, aniżeli są w opisane, prawda? Bo zastanawiałem się, kosz ona zawsze był potrzebny, a jeżeli chodzi o miejscową ludność, żyjąc nad Odrą, to tym bardziej był wbród materiału, prawda? I on był pod ręką, prawda? I nie trzeba było gdzieś tam się wybrać po to, a kosz każdy potrzebował do wszystkiego, prawda? Bo w wiekach średnich, czy wcześniej nie było innych materiałów jak kosze. Nawet były tak, że może połówki były robione w trumnach z wikliny. Że to od zawsze było.


Jeżeli chodzi o historię na ziemiach polskich, to na pewno, jeżeli chodzi, tak samo jak jest archeologiczne wykopaliska wskazują o kroszonkach pisankach, tak samo plecionkarstwo czy koszyki. Bo one były potrzebne dla wszelkich towarów, które były wówczas w gospodarstwie, czy na dworze. No i też chociażby do rybołówstwa. Bo było takie specjalne urządzenie, które służyło do tego, to się nazywa wiersza, to był taki kosz specjalny, który się wrzucał do rzeki, do stawu i ryba wchodziła i nie mogła wyjść. W swoich zbiorach posiadam taki jeden egzemplarz, który zrobił pan Ginter Ryborz właśnie tu z Przewozu, który jest najstarszym członkiem naszego Towarzystwa Depozytariuszy Plecionkarstwa i on właśnie stworzył, odtworzył tą wierszę. 


W tej chwili w Towarzystwie Depozytariuszy jest 8 osób. Na co dzień jeżeli chodzi o twórców, faktycznie już nikt nie robi koszy. Sporadycznie, prawda? Sporadycznie. Udało się zrobić to, że odtworzyliśmy pewne kosze, które były u nas robione. Mówię o Cisku, bo jeżeli chodzi o plecionkarstwo na naszym terenie, bo są takie dwa zagłębia plecionkarskie w województwie opolskim. Tu jest Cisek i Dobrzeń Wielki i tamto plecionkarstwo, pono do dnia dzisiejszego jeszcze funkcjonuje i istnieje grupa depozytariuszy. I w tym roku chcemy zrobić w wrześniu, wrześniu i październik, zrobić warsztaty plecionkarskie dla chętnych. Pokazać, żeby to co mamy, żeby nie umarło. Najmłodszy z depozytariuszy ma dwadzieścia kilka lat, a najstarszy ma osiemdziesiąt, przed dziewięćdziesiątką. A tych młodych, którzy by chcieli wyplatać wyroby z wikliny, no myślę, że by się znalazło Bo niektórzy z sentymentu powiadam tak, że są jeszcze dziadkowie czy ołpowie, którzy by potrafili robić i chcieliby przekazać swoim wnukom czy wnuczkom. I to jest właściwie, że nie powiem to inaczej, ostatni moment, zachować to co mamy.


Posiadam w swoich zbiorach całą dokumentację, te wszystkie wyroby, które są. Ale to jest tylko w zbiorze. A inaczej, jeżeli ten zbiór jest żywy, prawda? Udało mi się założyć takie dwie plantacje wikliny. Ula się to nazywało inaczej. Właściwa nazwa lokalna to jest prącie, bo służy, jest taki specjalny nóż do wyrzynania prącia. Kiedyś była taka zabawna sytuacja, przyszła mi wycieczka, no i mówię, że to jest nóż do wyrzynania prącia. A pani mówi, czy to nie boli. No, trzeba uważać na palce, żeby nie bolało. Ale tak to jest. U nas albo było prącie, albo była witka. Przechodząc w inną sferę, byłam na odebraniu w Ministerstwie Kultury w tym roku z grupą naszych depozytariuszy i spotkałem ludzi z Nowego Tomyśla. Tam jest zagłębie plecionkarstwa i wikliniarskie. No bardzo się ucieszyłem, bo ostatni raz byłem w Nowym Tomyślu lat temu prawie 40. Także tam jest ta tradycja żywsza, ale też nas wspierają i myślę, że u nas też to zafunkcjonuje tak, jak to powinno miałoby być. A skąd ta tradycja plecionkarstwa tutaj pozostała? No bo w Średniowieczu pewnie wszędzie w każdej wiosce pletli koszyki, bo były to na porządku dziennym rzeczy wykorzystywane. A teraz jakby jak to pozostało tutaj? Jak jest kultywowane? Znaczy pozostało tak, że są jeszcze rodziny, czy powiem rody takie, które zajmowały się tym plecionkarstwem. Znaczy powiem tak, sentyment. Jeden z naszych depozytariuszy jest naprawdę mistrzem, jeżeli chodzi o plecionkarstwo. Zresztą wszyscy, którzy są. To są ludzie, którzy mają niezmiernie wielkie doświadczenie i chcemy, żeby to wykorzystać. I im też zależy na tym, żeby przekazać to, jeżeli nie swoim dzieciom, to przynajmniej wnukom, żeby to plecionkarstwo zostało. Tutaj te tradycje też są związane, powiedzmy, z występowaniem dobrej wikliny. Ale i tak wszystko zależy od mistrza.


W tej chwili wiadomo, że te wikliny, niektóre zostały uszlachetnione, są lepsze. Bo wiadomo, w drodze ewolucji. Ale to mistrzostwo, które jest w plecionkarstwie, w wyplataniu koszy, czy tam tych wszystkich sprzętów, ono jest. Tylko, że w tej chwili nie skupimy się na tym, że to, cośmy robili dawniej, tylko trzeba stworzyć nowe formy. Nowe formy, żeby było plecionkarstwo. Ta baza wzorzec jest, tylko, że potrzeba dnia dzisiejszego jest troszeczkę inna. Bo już nikt nie potrzebuje koszy do zbierania kartofli, jak kiedyś było, czy dużych koszy do siana. Chociaż aczkolwiek zdarzają się raz na kilka lat, że ktoś potrzebuje takiej koszy. Tylko, że są inne potrzeby. Donice do kwiatów, czy tam kosze prezentowe, takie rzeczy. Myślę, że w tym kierunku będziemy szli. I tak powiedzmy, no nie wiem, raz w tygodniu wyplatacie? Codziennie? Czy jak wygląda? To jest tak. To jest praca sezonowa, bo wiklina można z niej korzystać, jeżeli liść opadnie, prawda? Ona jest wtedy giętka, czyli jest po pierwszych przymrozkach i wtedy jest zbierana i okres zimowy, zazwyczaj był to okres wyplatania koszy. Ale ta wiklina straciła swoją giętkość. Jest na to sposób, wystarczy ją umoczyć, żeby odzyskała swoją giętkość i można wyplatać. I to kończyło się zazwyczaj tak. Ludzie, którzy się zajmowali innymi zawodami, murarstwem czy czymś, w zimie nie było pracy, prawda? Czyli nie było coś takiego, jak ktoś płacił bezrobotne i człowiek musiał wyżyć, a tu musiał człowiek wyżyć i to zajęcie, które było substytutem dla swojego źródła utrzymania, było właśnie to plecionkarstwo. A jeżeli chodzi o gminę Cisek, często po wodzie, żeby odbudować ten dobytek, który człowiek stracił w czasie powodzi, no to plecionkarstwo, koszykarstwo pomagało.


To jest taka działalność tylko hobbystyczna, czy też powiedzmy coś na sprzedaż, na utrzymanie macie? Na razie to jest hobbystyczna. Ja myślę, że taka forma to będzie. Może w przyszłości, jeżeli się to powiedzie i będzie chęć, możemy zrobić z tego inny użytek. Jeżeli chodzi o plecenie średniej wielkości koszyka, to jest od pozyskania materiału do końca? Ile czasu to zajmuje? Ja myślę, że mój kolega powiedział w ten sposób, że gdyby on miał życie z wyplatania koszy, to 7 zł było na godzinę. Z tego by się nie dało wyżyć na dzień dzisiejszy. Gdyby to było inne kosze, czyli hobbystycznie, jako po prostu hobby i nic więcej. Rzeczywista wypłata tego kosza jest inna niż człowiek mógłby zaoferować. Trzeba mieć jakieś wyobrażenie na temat tego, co chce się wyprodukować? Ja myślę, że tak. Jeżeli są te wszystkie kosze, to tak jak ruskie matrioszki. Ten najmniejszy wkłada się do większego i aż tych koszy to jest 6. Jeden wchodzi do drugiego. Czyli to jest ta wersja podstawowa Myśmy zrobili taki koszyk, który jest podarunkowy. Jeżeli ktoś kupuje w sklepie torbę podarunkową. Ja wymyśliłem coś takiego, żeby był taki replikat małego kosza z uchem, żeby można było komuś tam wręczyć. Jak do tej pory to się to sprawdza. I prezent w środku, a po zużyciu tego prezentu zostaje na klamerki czy na inne rzeczy. A jeżeli chodzi o poziom trudności plecionkarstwa, to jak można byłoby go określić? To jest zadanie manualne. Jeżeli ktoś ma zdolności manualne, to poradzi sobie. Każdy sobie poradzi, tylko trzeba chcieć. A też wiklina musi być podatna, tak? Oczywiście, że tak. To jest numer jeden. Mamy trzy rodzaje wiklina. W naszym poletku nazwijmy to doświadczalnym. Czerwoną, żółtą i zieloną. Każda z nich jest inna. Chciałem to, żeby zobrazować, że jest kilka rodzajów wiklina. Każda się nadaje do czegoś innego czy bez różnicy? Bez różnicy. Tylko, że efekt jest inny, końcowy. Bo jeżeli jedna po wypleceniu ma taki kolor brązowy lub czarny, ta, która jest brązowa ma taki kolor bordowy, a ta, która ma złoty kolor czy żółty, to staje się taka bardzo zielonkowa. To ciekawa harmonia.


Tutejsze plecionkarstwo wpisane na listę dziedzictwa. Co teraz? Jakiś dalszy rozwój? Na pewno będziemy, jak powiedziałem wcześniej, chcemy zrobić warsztaty, rozmawiałem z panią dyrektor GOK-u, zresztą ona też była w ministerstwie, po odbiór dyplomu z UNESCO i chcemy robić w GOK-u warsztaty plecionkarskie. Dla wszystkich, którzy są chętni. Ale od września, października. No i też rozumiem przekazać taką wiedzę i doświadczenie młodszym, tak? Nie tylko tym dwudziestolatkom, tylko tym pięcio-sześciom. Każdym, którzy będą chętni, bo nie może nikogo zmusić do niczego, prawda? Jeżeli to ma oczywiście w ramach hobby. A jak z taką świadomością na temat tej tradycji lokalnej wśród społeczeństwa, wyłączając oczywiście Was? Trudno powiedzieć. W każdym razie plecionkarstwem u nas w Cisku każdy się trudnił. Albo każdy miał w rodzinie, który wytwarzał kosze, wyplatał kosze, prawda? Czyli to było w tradycji. Jest wielka świadomość tylko, że jak to jest tak. Czasy się zmieniły. Plastik wyparł pewne rzeczy, prawda? Bo kosztował się mniej atrakcyjny w sumie, nie? No i w tej chwili jest powrót tam do czegoś, nie? Myślimy, że udało się to zachować. Tym bardziej, jak powiedziałem, udało się to z tego względu, że mieliśmy dokument z 1891 roku, który mówił wprost, że w Cisku zajmowano się wyplataniem koszy, wyrabianiem i sprzedażą masła. Czyli to był taki znak rozpoznawczy XIX zapewne i w wiekach wcześniejszych też.


„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”


POSŁUCHAJ: