Niektórzy z nich pokonują setki kilometrów, aby spotkać się w to styczniowe popołudnie w wyjątkowym miejscu i celu. Tym razem stalowe rumaki zamienili na samochody, ale odległość nie stanowiła przeszkody, bo już po raz 14. kierowała nimi chęć pomocy.
- Jest zabawa, ale też jest przy tym myślenie o drugim człowieku. Nie żyjemy na pustyni, nie żyjemy w samotności i chciałbym, żeby ten aspekt był najważniejszy. To nie jest koncert, to jest takie wspólne granie, my nie jesteśmy muzykami, gramy raz w roku, ale staramy się dać to, co potrafimy z serca - mówił Artur Żurakowski z Opolskiego Towarzystwa Motocyklowego. - Zawsze tutaj u nas w lasku, zawsze w pięknej atmosferze zewnętrznej i w środku przy szopce. Po wspólnym śpiewaniu kolęd jest ognisko na którym smaży się kiełbaski, pije się herbatę i tak dalej - dodaje ojciec Dawid Smuda, gwardian Sanktuarium Św. Józefa. - Nieważne kamizelki, nieważne kto jest z której grupy, po prostu wszyscy jesteśmy razem - przyznaje jedna z uczestniczek, Anna.
W tym roku uczestnicy kolędowania kwestowali na rzecz podopiecznych Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Prudniku.